Samodzielność dziecka – kiedy pomagać, a kiedy pozwolić spróbować
Samodzielność dziecka nie zaczyna się wtedy, gdy potrafi samo się ubrać, zjeść obiad czy posprzątać zabawki. Zaczyna się dużo wcześniej – od pierwszych prób zrobienia czegoś bez pomocy. Od wyciągnięcia ręki po kubek, od próby założenia skarpetki, od decyzji, którą książkę chce obejrzeć. Jako mama coraz częściej widzę, że najtrudniejsze nie jest nauczenie dziecka samodzielności. Trudniejsze bywa powstrzymanie się przed wyręczaniem.
Mam naturalny odruch pomagania. Jeśli widzę, że coś trwa długo, chcę przyspieszyć. Jeśli dziecko się złości, chcę usunąć przeszkodę. Jeśli rozlewa wodę, najchętniej przejęłabym kubek. Z czasem zauważyłam jednak, że właśnie w tych nieporadnych próbach dzieje się najwięcej. Dziecko sprawdza własne możliwości, szuka innego sposobu i zaczyna odkrywać, że jego działanie może przynieść rezultat.
Samodzielność jest więc dla mnie nie tyle umiejętnością wykonania czegoś idealnie, ile gotowością do powiedzenia: „spróbuję sam”.
Samodzielność zaczyna się od małych wyborów
Dziecko nie musi decydować o wszystkim, żeby czuć, że ma wpływ. Wystarczą drobne sytuacje: wybór między dwiema bluzkami, książką czy kubkiem. Są sprawy, w których decyzję podejmuje dorosły, szczególnie gdy chodzi o bezpieczeństwo. Ale pomiędzy całkowitą swobodą a decydowaniem za dziecko istnieje ogromna przestrzeń na jego własne wybory.
To właśnie tam pojawia się samodzielność.
Kiedy dziecko może decydować w prostych sprawach, zaczyna coraz lepiej rozumieć własne potrzeby i konsekwencje wyboru. Takie codzienne sytuacje są częścią znacznie szerszych zmian, w których kolejne obszary rozwoju dziecka zaczynają łączyć się w coraz bardziej samodzielne działanie.
Nie chodzi o wychowanie małego dorosłego. Chodzi o stopniowe oddawanie dziecku tych fragmentów codzienności, z którymi potrafi już sobie poradzić.
„Ja sam” potrafi wystawić cierpliwość rodzica na próbę
Samodzielne zakładanie butów jest piękne, dopóki nie trzeba wyjść za pięć minut. Nalewanie wody daje dziecku satysfakcję, ale kończy się mokrym stołem. Samodzielne ubieranie oznacza czasem dwie nogi w jednej nogawce.
I właśnie wtedy najłatwiej pomyśleć: zrobię to za ciebie, będzie szybciej.
Czasami rzeczywiście tak robię. Nie uważam, że każda sytuacja musi być lekcją samodzielności. Rodzina ma swój rytm, obowiązki i gorsze dni. Staram się jednak, żeby pośpiech nie stał się stałym powodem wyręczania.
Jeżeli zawsze zakładam dziecku buty, bo robię to szybciej, nie ma kiedy nauczyć się robić tego samodzielnie. Jeśli zawsze sprzątam po zabawie, bo zrobię to dokładniej, trudno oczekiwać, że za jakiś czas porządkowanie stanie się czymś naturalnym.
Wiele pierwszych przejawów samodzielności staje się możliwych dopiero wtedy, gdy dziecko coraz lepiej kontroluje ciało, dłonie i równowagę, dlatego rosnąca swoboda ruchu stopniowo poszerza zakres czynności wykonywanych bez pomocy dorosłego
Samodzielność potrzebuje przede wszystkim czasu na próbę.
Pomoc nie musi oznaczać wykonania zadania za dziecko
Długo utożsamiałam pomoc z przejęciem czynności. Teraz widzę, że można pomagać na wiele sposobów.
Dziecko nie potrafi założyć buta? Mogę go założyć. Mogę też przytrzymać język buta i pozwolić dziecku wsunąć stopę.
Nie potrafi otworzyć pudełka? Mogę otworzyć je sama. Mogę również pokazać, że trzeba je przekręcić, i poczekać na kolejną próbę.
Ta różnica wydaje się niewielka, ale dla dziecka jest ogromna. W pierwszym przypadku rozwiązanie przychodzi od dorosłego. W drugim nadal należy do niego.
Kiedy dziecko szuka różnych sposobów poradzenia sobie z trudnością, samodzielność bardzo wyraźnie łączy się z poznawaniem świata. To właśnie podczas takich prób doświadczenie, pamięć i własne działanie pozwalają dziecku coraz lepiej rozumieć zależności i rozwiązywać proste problemy.
Czasem najlepszą pomocą jest poczekanie
Kilka sekund dla dorosłego to niewiele. Dla dziecka może to być czas potrzebny na znalezienie rozwiązania.
Widzę, że próbuje coś zrobić i już chcę podpowiedzieć. Coraz częściej staram się jednak chwilę poczekać. Czasem dziecko samo zmienia sposób działania. Obraca przedmiot, próbuje od innej strony albo rezygnuje i prosi mnie o pomoc.
Także to ostatnie uważam za ważne. Samodzielność nie oznacza przecież, że trzeba radzić sobie ze wszystkim bez wsparcia. Umiejętność powiedzenia „pomóż mi” jest również częścią coraz większej niezależności.
Jedzenie to jedna z pierwszych lekcji samodzielności
Samodzielne jedzenie wymaga od rodzica pogodzenia się z bałaganem.
Łyżka trafia obok ust. Jedzenie ląduje na stole. Kubek czasem się przewraca. Łatwiej byłoby po prostu nakarmić dziecko.
Tyle że wtedy to ja wykonuję całą czynność.
Kiedy pozwalam jeść samodzielnie, dziecko nie tylko ćwiczy korzystanie z łyżki czy kubka. Decyduje również o tempie, robi przerwę, wybiera kolejny kawałek jedzenia. Zyskuje niewielki, ale realny obszar kontroli nad codzienną czynnością.
Nie muszę przy tym całkowicie wycofywać się z pomocy. Czasem nabieram jedzenie na łyżkę, a dziecko samo prowadzi ją do ust. Innym razem pomagam pod koniec posiłku. Samodzielność nie jest zasadą „wszystko albo nic”.
Ubieranie pokazuje, jak bardzo dziecko chce uczestniczyć
Ubieranie jest dobrym przykładem sytuacji, w której chęci pojawiają się wcześniej niż umiejętność.
Dziecko chce samo włożyć rękę do rękawa. Próbuje założyć spodnie. Wybiera czapkę. Czasem wychodzi z tego niewiele.
Kiedyś poprawiałam od razu. Teraz częściej pytam: „chcesz jeszcze spróbować czy mam pomóc?”.
Dzięki temu pomoc staje się odpowiedzią na potrzebę dziecka, a nie automatycznym przejęciem zadania.
Szczególnie mocno widać to w drugim roku życia, kiedy dziecko chce coraz więcej robić bez pomocy, choć nie zawsze ma jeszcze wystarczające możliwości. To jeden z charakterystycznych elementów zmian zachodzących między pierwszym a drugim rokiem życia dziecka.
Samodzielność w domu zaczyna się od uczestniczenia
Małe dziecko nie posprząta pokoju tak jak dorosły. Może jednak wrzucić zabawki do pojemnika, odłożyć książkę albo zanieść kubek do kuchni.
Efekt nie zawsze jest idealny i chyba właśnie tutaj najłatwiej popełnić błąd: poprawić wszystko za dzieckiem.
Jeżeli proszę je o odłożenie książek, a chwilę później przekładam każdą z nich, bo stoją krzywo, wysyłam niezamierzoną wiadomość: twoja praca właściwie się nie liczy.
Dlatego staram się oddzielać to, co naprawdę trzeba poprawić, od mojego własnego przywiązania do porządku.
Dla dziecka ważniejsze od idealnie ustawionych książek jest doświadczenie: zrobiłem coś, co było potrzebne.
Otoczenie może wspierać albo utrudniać samodzielność
Czasem oczekujemy od dziecka zachowania, na które przestrzeń wcale mu nie pozwala.
Chcemy, żeby samo odwieszało kurtkę, ale haczyk znajduje się wysoko. Chcemy, żeby odkładało książki, ale półka jest poza zasięgiem. Chcemy, żeby samo myło ręce, ale bez pomocy nie dosięga do umywalki.
W takich sytuacjach samodzielność nie zależy wyłącznie od dziecka.
Niski wieszak, dostępny kosz na zabawki, mała półka czy stabilny podest mogą zmienić bardzo dużo. Dziecko nie musi za każdym razem prosić dorosłego, żeby wykonać prostą czynność.
Zaczyna działać samo, ponieważ przestrzeń mu na to pozwala.
To jedna z rzeczy, które najbardziej zmieniły moje spojrzenie na samodzielność. Nie zawsze trzeba bardziej wymagać od dziecka. Czasem trzeba po prostu mądrzej zorganizować jego otoczenie.
Dziecięce „nie” też jest częścią samodzielności
Nie wszystkie przejawy samodzielności są wygodne dla rodzica.
Dziecko zaczyna mieć własne zdanie. Nie chce konkretnej bluzki. Nie chce przerwać zabawy. Nie chce zrobić czegoś w chwili, kiedy ja tego oczekuję.
Oczywiście rodzic nadal wyznacza granice. Nie pytam dziecka, czy chce zapiąć pas w samochodzie. Mogę jednak pozwolić mu wybrać, którego misia zabierze do fotelika.
Coraz częściej próbuję więc rozróżniać dwie rzeczy: sprzeciw wobec granicy i potrzebę zaznaczenia własnej decyzji.
Nie każde „nie” mogę zaakceptować. Mogę jednak potraktować je poważnie.
Samodzielność nie oznacza życia bez zasad. Dziecko stopniowo uczy się, że ma własne potrzeby i decyzje, ale istnieją również granice związane z bezpieczeństwem, innymi ludźmi i wspólnym życiem.
Samodzielność nie oznacza „radź sobie sam”
To rozróżnienie jest dla mnie najważniejsze.
Chcę wychowywać dziecko, które próbuje, podejmuje decyzje i potrafi zrobić coraz więcej bez mojej pomocy. Nie chcę jednak, żeby niezależność oznaczała poczucie, że nie wolno tej pomocy potrzebować.
Mogę być obok.
Mogę patrzeć.
Mogę nie ingerować przy pierwszej trudności.
A kiedy widzę, że sytuacja staje się zbyt trudna, mogę pomóc.
Mam wrażenie, że właśnie świadomość obecności rodzica daje dziecku odwagę do coraz dalszych prób. Może odejść kawałek dalej, bo wie, gdzie wrócić. Może próbować samodzielnie, bo wie, że pomoc nie zniknęła.
Nie każda próba potrzebuje wielkiego „brawo”
Kiedy dziecko zrobi coś samo, bardzo łatwo odruchowo je pochwalić.
„Brawo!”
„Super!”
„Jaki jesteś duży!”
Sama używam tych słów, ale coraz częściej staram się również po prostu zauważyć, co się wydarzyło.
„Sam nalałeś wodę.”
„Długo próbowałaś zapiąć ten zamek.”
„Odłożyłeś wszystkie samochody.”
Takie zdanie pokazuje dziecku jego własne działanie.
Nie zawsze musi otrzymać ocenę, żeby poczuć satysfakcję.
Czasem wystarczy jego mina po udanej próbie. To moment, w którym widzę, że radość nie wynika z mojego „brawo”, ale z bardzo prostego odkrycia: udało mi się.
Samodzielność rośnie razem z dzieckiem
Nie ma jednego momentu, w którym dziecko nagle staje się samodzielne.
Najpierw samo sięga po przedmiot.
Później wybiera.
Próbuje jeść.
Pomaga przy ubieraniu.
Odkłada zabawkę.
Podejmuje pierwsze własne decyzje.
Zaczyna rozwiązywać proste problemy.
Z czasem zakres tych działań staje się coraz większy.
Dla mnie najważniejszą zmianą okazało się jednak coś, co dzieje się nie po stronie dziecka, ale po mojej. Muszę stopniowo uczyć się wycofywać z miejsc, w których moja pomoc nie jest już konieczna.
Czasem oznacza to większy bałagan.
Czasem dłuższe czekanie.
Czasem zaakceptowanie sposobu, którego sama bym nie wybrała.
Ale właśnie dzięki temu dziecko może zobaczyć, że potrafi wpływać na własną codzienność.
Samodzielność dziecka – pozwolić próbować i nadal być obok
Nie zależy mi na dziecku, które jak najszybciej nauczy się wszystkiego robić bez rodzica.
Chciałabym raczej, żeby z czasem coraz częściej myślało: „spróbuję”.
Żeby nie bało się błędu.
Żeby potrafiło szukać rozwiązania.
Żeby umiało poprosić o pomoc, gdy naprawdę jej potrzebuje.
I żeby wiedziało, że własny wybór ma znaczenie.
Tak rozumiana samodzielność dziecka nie jest odrywaniem go od rodzica. Jest bardzo powolnym przesuwaniem granicy pomiędzy tym, co robię za dziecko, tym, co robimy razem, a tym, co potrafi już zrobić samo.
Moja rola nie znika. Po prostu się zmienia.
Coraz częściej nie jestem osobą, która wykonuje zadanie.
Jestem obok, kiedy dziecko po raz kolejny mówi swoim zachowaniem:
„Daj mi chwilę. Chcę spróbować sam.”